zawsze subiektywnie
RSS
niedziela, 20 maja 2012

 

 

 

Jak niewyobrażalna była moja radość, gdy spojrzałam na repertuar konińskiego Heliosa i ujrzałam, że od 18 maja do kina zawita Dark Shadows. Pierwsza moja reakcja? Telefon do przyjaciółki i rezerwacja miejsc.

„Mroczne cienie” to najnowsza produkcja Tima Burtona. Akcja filmu rozpoczyna się pod koniec XVIII wieku, kiedy to Barnabas Collins łamie serce pięknej Angelique Bouchard.  Jak się później okazuje kobieta jest wiedźmą, która postanawia odegrać się na Collinsie. Zabija jego ukochaną, a jego samego zmienia w wampira, poczym żywcem zamyka w trumnie. Mijają dwa stulecia, a Barnabas odradza się niczym feniks z popiołów. Wraca do swojej posiadłości położonej w Nowej Anglii, gdzie mieszkają jego potomkowie. Zaczyna na nowo poznawać świat.

„Mroczne cienie” to film, w którym zobaczymy wszystko, co już mieliśmy okazję widzieć. Według mnie jest to mieszanka „Sweeney Todd” z ulepszoną wersją „Ze śmiercią jej do twarzy”. Są momenty, które w pewnym stopniu straszą, ale także znajdziemy tu elementy komedii. Tim Burton bez wątpienia wie jak zrobić klimatyczny film. Film pokazujący, jak obsesyjna miłość może zrujnować komuś życie.

Przerysowany Johnny Depp wcielił się w postać Barnabasa Collinsa. I tu też nie dostajemy nic nowego. Ta sama mimika twarzy, która ma cieszyć oglądającego. Nie jest to wampir niczym ze „Zmierzchu”. Oj nie, więc jeśli liczysz na to, że Depp będzie choć trochę przypominał Pattinsona to się grubo mylisz. W tej produkcji wampir nie świeci się na widok słońca, a płonie.

Eva Green, czyli filmowa Angelique idealnie wpasowała się w postać czarnego charakteru. Piękna, a do tego mroczna. Swoją grą aktorską i urokiem osobistym przyćmiewa inne, występujące w tej produkcji aktorki. Męska część publiczności na pewno zgodzi się ze mną, że miło było zawiesić na niej oko.

Helena Bonham Carter, Michelle Pfeiffer i Bella Heathcote to tylko ładnie prezentujące się dodatki. Nie wpadają w pamięć tak bardzo, jak wcześniej wspomniana przeze mnie Eva Green.

Danny Elfman i jego soundtrack to miód na moje uszy.

poniedziałek, 05 marca 2012

Pewnie wielu z Was myśli, że Meryl Streep jest moją ulubioną aktorką. Otóż nie. Lubię ją, ale nie kocham. Mam parę filmów z jej udziałem do nadrobienia. I to jest właśnie powód, dlaczego postanowiłam zapoczątkować serię 2w1 wieczorem z Meryl. 

 

Pierwszy film, oglądałam wieki temu. Produkcja z roku 1992. 'Ze śmiercią jej do twarzy'. Wtedy pewnie nie zdawałam sobie sprawy, kim w ogóle jest M. Streep.

 

 

Chyba każda kobieta (pewnie nie tylko kobieta) chciałaby być wiecznie młoda. Ale jak zgubne mogą okazać się operacje plastyczne i oszukiwanie samej siebie? Zapraszam do lektury. ;)

Akcja filmu dzieje się w latach 70-80. XX wieku. Madaline Ashton (Meryl Streep) i Helen Sharp (Goldie Hawn) to byłe przyjaciółki, na których drodze stanął jeden mężczyzna, Ernest Menville (Bruce Willis). Oczywiście ten wybiera Madaline, która w sumie jest marną aktorką, a jej jedynym priorytetem w życiu jest bycie piękną i młodą. Helen, z rozpaczy podwaja swoją wagę, a to za sprawą obżarstwa, które stało się jej nałogiem. Ernest, mąż Helen, który jest chirurgiem plastycznym topi swoje smutki w litrach wódki. Jakby tego było mało, Madaline poznaje Lisle Von Rhoman, która podaje jej tajemniczy eliksir...

Prześmieszna komedia. Wcale nie dziwie się, że dostała Oscara za najlepsze efekty specjalne w 1993 roku. Pewnie dzisiejsza młodzież, która dzieciństwo spędza przed komputerem, a nie poza domem bawiąc się np. w berka, będzie miała inne zdanie. Doskonale rozumiem, że to były lata 90., więc nie można oczekiwać jakiś superekstrabombastycznych efektów od strony technicznej, ale jak na tamte czasy to cudo.

Mnie osobiście ta komedia bawi bardziej, niż niejedna powstała w dzisiejszych czasach. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale świetna gra słów i mimika aktorek sprawiają, że ten film jest naprawdę udaną produkcją. Ile razy bym nie oglądała tego filmu, to na ostatniej scenie płaczę ze śmiechu.

 

 

Czas na drugie filmidło. Lepsze? To zależy od tego, co kto lubi. Przed Wami 'Żelazna dama'.

 

 

Żelazna dama, czyli Margaret Thatcher, w którą wcieliła się Meryl Streep. Tym samym zdobywając Oscara dla najlepszej aktorki. To, że dostanie tę nagrodę było bardziej pewne, niż śmierć, czy podatki. 

Pójdę na łatwiznę i przedstawię opis filmu, jaki zawarty jest na stronie filmweb.pl: 'Królów było wielu, Żelazna Dama tylko jedna. Miała piskliwy głos, własny pogląd na każdy temat i niezwykły tupet. Zanim stała się jedną z najbardziej wpływowych postaci współczesnego świata, jej kapelusz i nieodłączne perły budziły pobłażliwy uśmiech. Na naszych oczach z pyskatej Maggy rodzi się Żelazna Dama, której czarna torebka do dziś jest symbolem rządów silnej ręki. Meryl Streep w roli Margaret Thatcher – prawdziwej damy w świecie zdominowanym przez mężczyzn.'

Jakie jest moje zdanie na temat tego filmu? 

Troszeczkę czuję niedosyt. Może faktycznie zbyt duże były moje oczekiwania. Sądziłam, że będzie to bardziej film polityczny, a jednak dostałam, może nie zupełnie, ale po części film o starości, przemijaniu.

Widzimy na ekranie, jak Margaret godzi się ze stratą. Jej życiowym priorytetem była kariera polityczna. Scena oświadczyn doskonale to opisuje, sama mówi, że 'nigdy nie będzie jedną z tych kobiet, które ładnie wyglądają uwieszone na ramieniu męża, albo stoją w kuchni przy zlewie. Życie człowieka musi coś znaczyć, więcej niż gotowanie, sprzątanie i dzieci'. 

Osobiście spodobała mi się rola Denisa (Jim Broadbent), który przejmuje rolę powszechnie przypisanie kobiecie, a więc wychowywanie dzieci czy opieka nad domem. Mimo, że żyje w cieniu żony, zawsze jest przy niej, nawet kiedy wszyscy o niej zapominają. 

Tak jak już wcześniej wspomniałam, liczyłam, że będzie to coś lepszego. Film trochę zrobiony na siłę. Nie bardzo przekonuje mnie ta wersja. Phyllida Lloyd przedstawia Margaret, jako kobietę, która nigdy się nie myli, zawsze ma rację, ale jej polityczni koledzy tego nie dostrzegają. Do samej Meryl Streep nie mam żadnych zarzutów. Cieszę się, że dostała tego Oscara. 

niedziela, 04 marca 2012

Wpadłam na genialny (wg mnie) pomysł, że dodam kolejną kategorię na blogasku. Będzie to 2w1. O co kaman i skąd ta nazwa? To proste. W jednej notce będę opisywać dwa filmy z udziałem tego samego aktora/aktorki. Już dziś będzie to wieczór z Meryl Streep. A jakie filmy? Powiem tylko, że jeden z nich jest z początku lat 90., a drugi z poprzedniego roku. Więc będzie to co najmniej ciekawe zestawienie. Pozdrowionka ;)

 

edit: dziś niestety nie dam rady dodać notki, postaram się jutro :)

Tagi: 2w1
09:12, spoczi
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
stat4u